Brnęliśmy wrakiem czerwonego samochodu napędzanego najniższymi pobudkami natury fizycznej poprzez bezdroża tego świata. Wysoko oktanowa benzyna zatruwała kwitnące pastelowymi barwami łąki skuteczniej niż papierosy wypełniające nasze płuca i umysły. Zabiliśmy chyba kogoś, kilkaset kilometrów i trzydzieści dwie godziny wcześniej, choć nie jestem tego pewien. Uciekaliśmy – wiadomo przed czym. Nie mieliśmy jednak pojęcia dokąd.
To było dawno temu. Albo i nie tak dawno…
/Czas i miejsce nie jest ważne, gdy żyje się na krawędzi.
Życie potrafi czasami nas zaskoczyć wieloma zwrotami akcji. Nie wszystkie są dobre. Nie wszystkie są złe. Jednak podobno to nie ma znaczenia. Podobno liczą się tylko konsekwencję swoich wyborów. I, zgodnie z prawami rządzącymi tym szaro-burym światem, potrafią one w jakiś niesprecyzowany sposób zmieniać nasze osobowości.
To tak jak w przypadku tego człowieka, który powinien umrzeć – przez głowę przeleciał mu metalowy pręt, czy jakieś inne ustrojstwo. Wiesz, był dziwny… Ten człowiek, nie ‘zardzewiała rurka’.
[Czy kogoś jeszcze dziwi rdza osadzona na dnie duszy?].
Ale przeżył.
Fizyczne uszkodzenie odcisnęło swoje piętno, po wypadku zmieniła się jego osobowość.
Podobny przypadek zdarzył się również w innej czasoprzestrzeni, lecz w tej samej galaktyce. Dziewczyna o złotych włosach i delikatnej cerze, dokładniej – ta rozwijająca się jeszcze pod każdym względem, spadła ze schodów. Mówiono, że miała niezawiązane sznurowadła w swych ulubionych trampkach. Inne legendy głoszą, że po prostu chciała przeskoczyć kilka stopni… Gdzieś przy swoim domu, niby miejscu rodzinnego ciepła. Albo i siedlisku patologii. Samo zdarzenie trwało tylko kilka sekund. Wybicie. Źle obliczona trajektoria lotu. Niepowodzeniem zakończone lądowanie. Upadek. Tak, ‘upadek’ to najbardziej adekwatne słowo w tej sytuacji. I zderzenie się z podłożem.
/A mówiono, że beton na szczęście zamortyzował upadek.
Zaobserwowano zmianę. Stała się mądrzejsza. Zdziwieni rodziciele lub po prostu ‘opiekuni prawni’ posłali ją na badania. Jeśli to nie tylko slogan reklamowy, to dziewczynka ‘ewoluowała’. I nie miało to nic wspólnego z pojawieniem się drugorzędnych cech płciowych. Jej współczynnik IQ wykroczył ponad normę. Po prostu.
Moja zmiana miała inny charakter. O wiele bardziej subtelny…
***
W głowie kłębiły się różne odpowiedzi i pytania tego dnia. Choć, osobiście nie dawała mi spokoju pewna koncepcja mówiąca o zalegalizowaniu prostytucji. Przeniesienie jej do białej strefy rynkowej, pozwoliło by państwu na załatanie dziury budżetowej, a niewyżytym samcom alfa na załatanie innych dziur…
- Och, daj spokój. Nie współdzielmy takich myśli o świcie przepełnionym aromatem kawy i zmierzchu rozmazującym ostatnie promienie słońca. Trzymajmy się tej chwili, jest ona zbyt piękna by zaprzątać sobie głowę takim pieprzeniem. W sensie słów, nie prostytucji…
Kwestia jednak była o wiele poważniejsza niż mogło się wydawać. Próbowaliśmy nie myśleć o niej zbyt wiele. Słowa na ten temat powinny pozostać martwe, tak jak zwłoki. Tyle w tym temacie miał do powiedzenia mój towarzysz. Tak naprawdę, była to towarzyszka, ale chciała zachować anonimowość.
/Z perspektywy czasu, wiem że to nieistotne.
Zmiana na lepsze rozpoczęła się poprzez podjęcie kolejnej autodestruktywnej decyzji. Jak wspomniałem, nie ma złych czy dobrych wyborów, są tylko konsekwencję. Chęć osiągnięcia stanu upojenia alkoholowego, przytępienia zmysłów i oderwania się od rzeczywistości skierowała mnie na tą imprezę. Nawet nie wiem w czyjej intencji składaliśmy wtedy modły. Miało to być kolejne puste doświadczenie, w niczym nie lepsze od ciągu eterowego. Szukaliśmy naszego amerykańskiego snu, niczym Raoul Duke. Kości zostały rzucone. Gdzieś pomiędzy drugim a trzecim schłodzonym piwem.
I wtedy pojawiła się Ona. Pierwiastek X. Odtrutka tych złych dni. Swoiste antidotum w stanie naturalnym. Mój amerykański sen miał się spełnić.
***
Było słonecznie, w naszym wspólnym miejscu, gdy po raz pierwszy się pocałowaliśmy. Delikatna bryza targała rozpuszczone włosy mojej towarzyszki. Czuły dotyk nie znajduje oporu przemierzając gładkie policzki. Oczy, dokładnie te, w których nie raz utonąłem. Jej usta, moje usta. Dwa oddzielne byty, zlane w jedność. Nasze wspólne, wtedy jeszcze nieśmiałości – dziś zwane namiętnościami.
Niezapomniana chwila zapomnienia.
***
Ze stanu zamyślenia wyrwał mnie charkot dochodzący z głośników samochodowych, utrzymujących się w stanie agonalnym już od jakiegoś czasu. Jak silna musi być ich wola do życia, skoro jeszcze wydają z siebie te wesołe dźwięki gitary basowej…
Albo robią to z inercji do robienia czegokolwiek innego, lub też z miłości do swojego powołania. W ustach odczuwam słony posmak, gdy piorun rozrywa pochmurne niebo. Adekwatność klimatu do obecnej chwili była wręcz zadziwiająca. Czerwona trumna na kółkach odgrywała swoją ostatnią symfonię. Silnik gaśnie, gdy Ona odpala mi ostatniego papierosa.
- Hej, przecież wszystko musi się kiedyś skończyć.– dodała z uśmiechem na ustach, spoglądając na mnie spod tych swoich włosów, które kilkanaście minut wcześniej rozmierzwiłem. Kontrolka paliwowa na desce rozdzielczej wrzeszczy do nas: ‘Jestem cholernie spragniona!’. Wydajemy się jej nie słyszeć.
- Tak Kochana, wszystko ma swój koniec. Nawet początek, kiedyś się kończy. .. – w zamyśleniu dokarmiam swój nałóg. Papieros…
Krople deszczu zraszają skórę. Osiadają na odsłoniętych ramionach mojej miłości. Wpadamy w swoje objęcia zapominając o otaczającym nas świecie. I całej tej drodze którą przeszliśmy, a ostatnio nawet przejechaliśmy. Jesteśmy razem, czy coś więcej ma znaczenie?
***
Hol. Takie duże pomieszczenie z paroma meblami służącymi raczej dekoracji wnętrz niż ułatwieniu życia. Tuż przy schodach prowadzących do pomieszczeń biurowych stoi wykwintny, skórzany fotel utrzymany w klimatach art deco. Trwam na posterunku zatopiony w tym wygodnym siedzisku przyglądając się pędzącym gdzieś ludziom. W lewej kieszeni mojego czarnego płaszcza poza opróżnioną do połowy paczką Lucky Strike znajduję pustkę. Podobną do tej, która właśnie panoszy się w mojej głowie. Słyszałem o tych słynnych, wielkich ucieczkach dwojga ludzi w celu znalezienia ‘lepszego jutra’.
Czemu tak często patrzymy tylko przyszłościowo, skoro teraźniejszość też kiedyś była przyszłością, a ta już dawno temu miała być lepsza?