Jabłko.

Posted: 2 Sierpień 2011 in Opowiadania
Tagi: , ,

‘Zrywaj kwiaty życia z radością, jaką daje ulotna chwila, nie sięgaj po korzenie w ziemi, bo tam jest tylko smutek i cisza.’

~ Joseph von Eichendorf, Posąg z marmuru.

                Kobieta będąca w wieku wskazującym na przejście przez wiele traumatycznych chwil życiowych otworzyła drzwi. Smutnym i zaskoczonym wzrokiem spojrzała przed siebie, na sylwetkę zgarbionej osoby siedzącej na schodach w przedsionku. Gdy próbowała wykrztusić z siebie choćby odrobinę radości, z jej oczu popłynęły łzy delikatnie zraszając wysuszoną cerę.

- Kochana, zabierz mnie tam gdzie byłam – gryząc soczyste, czerwone jabłko ciemna sylwetka posmutniała - Czemu wyciągnęliście mnie, było tam tak pusto i spokojnie zarazem…

Pani domu i włości go okalających siedziała tuż przed nią z całą swoją zmęczoną twarzą. Wydawać się mogło iż wróciła właśnie z wycieńczającej podróży dookoła piekła.

- Babciu… – resztkami sił szukała oparcia w futrynie uchylonych drzwi – Ty przecież nie… skąd… jak się tu znalazłaś?

- Nie tak łatwo było tam pozostać – kolejne ugryzienie jabłka rozniosło się dźwiękiem po pomieszczeniu.

- Właśnie wracam z Twojego pogrzebu…

Kobieta usiadła tuż obok swojej babki nieboszczki, była dokładnie taka jak zapamiętała ją w ciągu ostatnich dni. Plamy wątrobowe gościły na szyi zgarbionej kobiety, a żyły próbowały się przebić poprzez płaty wysuszonej skóry. Ból i tęsknota nie zdążyły jeszcze opuścić serca, gdy pojawiła się szczypta złudnej nadziei.

- Weź mnie stąd. Zabierz mnie do miejsca w którym byłam – przytłumione światło odbijało się od łez starszej kobiety. – nie potrafię wrócić do tego świata, pochowaj mnie na powrót.

Zgarbiona sylwetka skrywająca do tej pory swe oczy spojrzała wprost w jej twarz. Mętne oczy nie rozróżniały już feerii barw. Ślepy wzrok przenikał na wylot umysł penetrując najciemniejsze jego zakamarki. Gdy wiatr zatrzasnął drzwi, pomieszczenie ogarnęła ciemność. Kobieta poczuła delikatne muśnięcie chłodnego powietrza na swym karku.

- Babciu… – po chwili trwającej wieczność odpowiedziało jej echo.

Wstała, podejrzewając iż tak właśnie wygląda ostatnie pożegnanie.

Wstała, pozostawiając po sobie jedynie wyschnięte łzy.

                                               A potem po prostu ruszyła przed siebie.

Case Study.

Posted: 23 Kwiecień 2011 in Dzienniki Karola
Tagi: , , ,

Całe życie skupiasz się na śmierci, a w końcu gdy już umierasz, całą swoją wolę ukierunkowujesz na to, by żyć?

Lekka przesada to pierwszy zwrot jaki pojawia się w mojej głowie, gdy o tym myślę w ten sposób.

Ale tak już jest. Ludzie mają tendencję do wyolbrzymiania i koncentrowania się na nieistotnych detalikach. Prawdziwy problem prowadzi tylko do prawdziwych uników. Rozwiązania, które zamiast rozwiązywać, dodatkowo komplikują sprawy.

/Wielkie słowa w małych czasach.

Pewnego dnia po prostu budzisz się i to wiesz. Zdajesz się wiedzieć. Tak czy inaczej, ROZUMIESZ że życie nigdy nie jest takie proste jak się wydaje. Wszyscy i wszystko ma swoje wewnętrzne i zewnętrzne motywy. Te, które są ujawniane to te, które nie są kwintesencją, kluczem do zidentyfikowania charakteru sprawy i zintensyfikowania wysiłków do jej rozwikłania. Chyba, że najzwyczajniej w świecie nie starasz się analizować ludzi. Wchodzimy w interakcję i wychodzimy z nich tak prosto, że nawet tego nie zauważamy – swoiste drzwi zaopatrzone w fotokomórkę. Rzeczywiście, najciemniej jest tam, gdzie pada słup światła z latarki.

Nie chcę pełnić roli moralizatorskiej, bo tak naprawdę nie bardzo interesuje mnie los jednostek. Lubię analizować. Lubię WIEDZIEĆ. Ludzie to nic innego jak ciekawy przypadek case study.

“Powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza Twoja.”

Już nic nie jest takie samo. Świat nie zrzucił swoich szaroburych ubrań, a słońce nadal optymistycznie rzuca swoje promienie na gnijącą planetę Ziemia. Taksówki wciąż zabierają bezosobowych ludzi w podróż ukierunkowaną na roztargnienie. Palacze wdychają, jak dawniej, trujący dym, a pijacy polewają sobie właśnie kolejną kolejkę.

Nic nie jest już takie samo. Jej okulary, których zwykle nie nosi nadal leżą na biurku, tuż za stosem książek do nauki języków obcych. Ona jednak, pomimo iż teraz nie daje o sobie znać, zmieniła wszystko. Otwarła pewne drzwi, puściła mnie przodem, a potem z uśmiechem na ustach wręczyła mi kostkę mlecznej czekolady. ‘Ugryź’, powiedziała.

/Więc ugryzłem.

Poza smakiem w ustach, nic się nie zmieniło.

Ubrałem więc skórzane, idealnie dopasowane rękawiczki. Było ciepło, jednak w mej głowie na dobre rozgościły chłodne myśli. Przeciąg wywiewał idee. Wraz z potrzebą zaspokojenia głodu wiedzy, stałem pośrodku doskonale brudnego pomieszczenia. Stłumione światło padające na stolik odsłaniało jeden istotny szczegół.

Białą kartkę.

Czystą, białą kartkę.

Przypomniał mi się poranek przepełniony zapachem świeżo zalanej kawy. Ona jeszcze tam wtedy była. Otwierała lodówkę, a zanim ruszyła w swoją stronę, położyła dokładnie tak samo nieskazitelnie czystą, białą kartkę na stoliku. A potem po prostu wyszła.

Prawdopodobieństwo spotkania kryptografa potrafiącego zinterpretować znaczenie ‘białego szyfru’ było bardzo znikome tego wieczora. Niczym duch, zbladł wyznający naukowe podejście ekspert ds. ciężkich. Podążając za nim, skierowałem swoje spojrzenie w lewą stronę.

I do dzisiejszego dnia żałuję, iż po prostu nie zawróciłem.

Skryłem wzrok pod zroszonymi strachem powiekami. Chyba spanikowałem. Albo po prostu zrozumiałem, iż wszystkie nasze wybory jednak mają swoje konsekwencję.

/Podobno niektóre traumatyczne wydarzenia potrafią wpływać na nas tak mocno, iż wypieramy ujrzane obrazy, doznane krzywdy czy splamione ręce. Czymś co nigdy nie istniało.

Zielona polana pośrodku lasu, ścięte drzewa odpoczywające nieopodal. Na jednym z pniaków siedzi dziewczyna. W białej sukience. Średniego wzrostu. Rozczochrane włosy i twarz na którą niedokładnie nałożono szminkę, dodając w ten sposób szczyptę zmysłowości do tych rozpromienionych ust. Wzrok skierowany jest w stronę gasnącego słońca.

- Kochanie, czemu pomalowałaś sobie oczy i policzki szminką… oraz dłonie…. –To chyba jakiś nawyk, że zwykle podążam za czyimś spojrzeniem skierowanym w nicość. Podziwiam więc agonie oślepiającego słońca. W wydychanym powietrzu wydaje się być zbyt wiele optymizmu.

Podchodzę bliżej, gdy opada zasłona iluzji. Trawa nagle usycha, zieleń przemienia się w czerń, a drzewa kreślące gdzieś w oddali linię horyzontu, znikają.

- Kochanie…? – Dzieliło nas dobrych kilka centymetrów, gdy postanowiłem ją przytulić.

W tej chwili dziewczyna obraca się w moją stronę i śmieje się, dość cicho.

To nie była szminka…

Tak właśnie wspominam tą chwilę. Nie potrafię powiedzieć, czy miejsce zbrodni było choć trochę podobne do sielankowej, przynajmniej na początku, polany. Wiem jednak, iż w jednym nigdy się nie myliłem…
Nic już nigdy nie będzie takie samo.

Co czujesz gdy wieczorem podchodzisz do telefonu wiszącego na ścianie i posługując się szybkim wybieraniem łączysz się ze swoją drugą połówką, oddaloną o za wiele kilometrów, za wiele rozległych horyzontów i za wiele litrów łez?

/Trzaski w słuchawce znakomicie odzwierciedlały stan psychiki rozmówców.

Zanim zadziałał impuls wyprowadzony z telefonu, w głowie powstał bodziec inicjujący. Dopamina będąca niesamowicie dobrym neuroprzekaźnikiem już zwiastowała nagrodę – głos ukochanej.

Tak, słucham? – rozbrzmiał zniekształcony elektronicznie głos kobiety, który i tak nic nie stracił ze swojej pierwotnej urody.

Witaj rozespana, jak minął Ci dzień? – mężczyzna podrapał się po dwudniowym zaroście. W podobnym stanie zresztą można było zastać jego mieszkanie; zaniedbane.

Myślałam, że już nie zadzwonisz, że o mnie zapomniałeś – westchnęła, a w jej głosie wyczuć można było nutkę zmęczenia, radości i czegoś jeszcze, czegoś co można by określić pierwiastkiem X – cały dzień przygotowywałam się do jutrzejszego przemówienia. Pismo Eli jest nieczytelnie niczym egipskie hieroglify – zaśmiała się – co u dzieci?

Całe i zdrowe, pomagałem im dzisiaj przy odrabianiu zadania z matematyki. Zapomniałem już jak ciężkie potrafią być równania – po drugiej stronie linii dało się słyszeć chichot.

Oj, Ty nigdy nie powinieneś tego zapomnieć! – mężczyzna delektował się jej radosnym głosem.

Masz rację. Jak w większości przypadków. Wiesz… myślałem dzisiaj o Tobie, a moje myśli były bardziej intensywne niż zwykle. Gdy rano rozczesywałem Justynce włosy w powietrzu unosił się zapach Twoich perfum. Twoich włosów. Twojej szyi. Ciebie. –westchnął, gdy spojrzał na zakreśloną na niebiesko datę w kalendarzu. Według niej ich połówki powinny zlać się w jedno za pięć dni. – kiedy wracasz?

Nie mam dobrych wieści, kochanie. – pomimo, że jej nie widział, mężczyzna wiedział, że właśnie w tej chwili, dokładnie w tym momencie kobieta zwilża językiem wargi. Zawsze tak robi, zanim powie coś przełomowego, czy mającego ogromne znaczenie. Zastanawiał się, czy ten rytuał ma jej dodać pewności siebie, czy odwrócić uwagę rozmówcy od problemu i zniwelować go jej kuszącymi ustami – seminarium potrwa dwa dni dłużej.

Wiedziałem, że kochasz się nade mną znęcać, ale to już jest najzwyklejsze w świecie torturowanie. Kobieto, za takie numery możesz odpowiadać za pogwałcenie Konwencji Genewskiej! – mężczyzna rzucił okiem na stojący w kuchni na stole pusty kubek, z którego jego córka dosłownie przed chwilą piła kakao – tęsknie za Tobą.

Też Cię kocham. Nie zapomnij, że jutro Joasia ma lekcje tańca o 17.

Będę pamiętał. Spokojnej nocy.

Mężczyzna trzymał słuchawkę do chwili, gdy kobieta się rozłączyła. Zanim to nastąpiło usłyszał jak jej usta przesyłały mu buziaka. Minęło jeszcze kilka sekund zanim zostawił telefon w spokoju. Czerwonym markerem przekreślił datę 14 lutego, wprowadził korektę – krwiste kółko znajdowało się teraz przy szesnastym dniu tego miesiąca. Postronny obserwator mógłby pomyśleć, że ktoś tutaj grał ze sobą w udziwnioną odmianę kółka i krzyżyka. Zapewne ktoś z zaawansowaną schizofrenią.

Wspomnienie głosu kobiety rozbrzmiewało w umyśle siedzącego przed blaskiem kineskopowego telewizora mężczyzny. Wpatrzony w przemijające obrazy i ulotne dźwięki, myślami pozostawał przy Niej. Pomimo tego, iż przesłodzona, zielona herbata, będąca ostatnim posiłkiem tego dnia zostawiała w ustach posmak samotności, przywoływała ona również słodycz chwil. Tych odległych, jak i tych mających nadejść.

Bo chwile trwają tylko chwilę. A później, pozostaje czekać na kolejną chwil dawkę…

Słowo wpłynęło mi do umysłu, a dłonią na papier się przelało. Niebieski atrament wpisywał w wieczność znaki. Rozbiegane oczy, teraz skupione, z pasją obserwują akt stworzenia. Kolejne słowo, kropka. Oddech. Nie muszę oddychać, ale chcę chłonąć. Bez pośpiechu, a jednak z głębin chaosu, wyłaniają się me bezcenne słowa. Ciemność i nicość rozpromienione piórem i literą. Przede wszystkim myślą.  Aktem stworzenia. Tak to wszystko się zaczęło…

/Na początku było słowo. U Boga było słowo i Bogiem było słowo.

Dnia pierwszego [z potoku dni nieznanych], stworzyłem Ciebie, na obraz i podobieństwo swoje. Dałem Ci wolność, byś mógł Człowieku, głosić chwałę niebios i nieść ogień umysłu. Usta Twe wypełniłem słowem. Serce Ci dałem. Na obraz i podobieństwo moje, by biło. By w chwili ostatniej wybiło Twoją Pieśń Powitalną. Byś brodząc wśród wód głębokich, mógł mnie odnaleźć. Wyciągnę rękę do Ciebie. Ja, Stwórca Twój, tak Ci powiadam.

/Jam jest Alfa i Omega.

Podczas trzeciego dnia [z potoku dni nieznanych], otwarłem swe oczy. Oślepiony przez jasność, własną, zerwałem Ci jabłko. Podałem Ci dłoń, czy uśmiechnąłem się tylko? A może sam, nękany bólem, postanowiłeś ugryźć. Skosztować. Wbić zęby swe w ten soczysty owoc. Z ciała kobiety powstałeś i w ciało kobiety wszedłeś, by rozkoszy zaznać. Niezdecydowany, wychodziłeś i wchodziłeś. I tak oto, dnia dwudziestego szóstego [z potoku dni nieznanych], obudził się Kain. A dzień ten nazwany został Dniem Zguby.

/Błogosławiony mąż, który oprze się pokusie.

Dnia czterdziestego czwartego [z potoku dni nieznanych], odrzuciłeś daną Ci radość. Nóż wciąż krwią ociekał, a z przyjaciela Twego, brata Twego, płyny uszły. Z odrazą spojrzałem na Ciebie i wygnałem Cię z domu mego. Drzwi zniszczyłem w gniewie, więc pukać w co nie miałeś, poza pustą czaszką. Stworzyłem prawo, Ty – zbrodnię.

/Kto ma rozum, niech liczbę bestii przeliczy: liczba to bowiem człowieka.

Czterdziestego ósmego dnia [z potoku dni nieznanych], gdy rzeki wylały, wyprowadziłeś córki na górę i oddałeś je płomieniom. Ogień Ci dałem byś dom ogrzał, nie byś wzniecał pożary. Obdarłeś z szat swą żonę i w przepaść zepchnąłeś, a ciało syna swego zbezcześciłeś, rzucając je bestią na pożarcie. Przy posągu ze złota odlanym wznosiłeś modły do bezimiennych bóstw, przez Ciebie stworzonych. Jednak i Ciebie wzbudzone żywioły w końcu pochłonęły.

/I dokonam na nich srogiej pomsty w strasznych karach i poznają, że Ja jestem Pan, gdy wywrę na nich swoją zemstę.

Dziewięćdziesiątego siódmego dnia [z potoku dni nieznanych] wyrwałeś się z letargu. Oszołomiony, odłączyłeś przewody tworzące swego rodzaju więź z czaszką. I kręgosłupem. Choć przeklęty, podniosłeś się. Brodząc wśród płynów szukałeś swego brata. ‘Abel!’, krzyczałeś. Echo rozpaczliwie powtarzało wołanie.

/Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?

A dnia sto trzydziestego [z potoku dni nieznanych], gdy wszyscy już w płynach brodzili i imiona swych braci i sióstr wołali, a nikt na siebie wzajemnie nie spojrzał, zapomnieli o mnie. O Stwórcy pamięć przeminęła. Spojrzałem wtedy na dzieci swe, krzyczące w językach wielu cierpień, lecz ni słowa nie rzekłem. Tęcza nie rozświetliła nieba, gdyż zabrakło nieba. Wolność was zniewoliła. A Ja, Sprawca Pierwotny zostałem zapomniany. Błądzę wśród skał i kamieni, jednak kto strzeże strażnika?

/Niebo i ziemia przeminą, ale moje słowa nie przeminą.

Brnęliśmy wrakiem czerwonego samochodu napędzanego najniższymi pobudkami natury fizycznej poprzez bezdroża tego świata. Wysoko oktanowa benzyna zatruwała kwitnące pastelowymi barwami łąki skuteczniej niż papierosy wypełniające nasze płuca i umysły. Zabiliśmy chyba kogoś, kilkaset kilometrów i trzydzieści dwie godziny wcześniej, choć nie jestem tego pewien. Uciekaliśmy – wiadomo przed czym. Nie mieliśmy jednak pojęcia dokąd.

To było dawno temu. Albo i nie tak dawno…

/Czas i miejsce nie jest ważne, gdy żyje się na krawędzi.

Życie potrafi czasami nas zaskoczyć wieloma zwrotami akcji. Nie wszystkie są dobre. Nie wszystkie są złe. Jednak podobno to nie ma znaczenia. Podobno liczą się tylko konsekwencję swoich wyborów. I, zgodnie z prawami rządzącymi tym szaro-burym światem, potrafią one w jakiś niesprecyzowany sposób zmieniać nasze osobowości.

To tak jak w przypadku tego człowieka, który powinien umrzeć – przez głowę przeleciał mu metalowy pręt, czy jakieś inne ustrojstwo. Wiesz, był dziwny… Ten człowiek, nie ‘zardzewiała rurka’.

[Czy kogoś jeszcze dziwi rdza osadzona na dnie duszy?].

Ale przeżył.

Fizyczne uszkodzenie odcisnęło swoje piętno, po wypadku zmieniła się jego osobowość.

Podobny przypadek zdarzył się również w innej czasoprzestrzeni, lecz w tej samej galaktyce. Dziewczyna o złotych włosach i delikatnej cerze, dokładniej – ta rozwijająca się jeszcze pod każdym względem, spadła ze schodów. Mówiono, że miała niezawiązane sznurowadła w swych ulubionych trampkach. Inne legendy głoszą, że po prostu chciała przeskoczyć kilka stopni…  Gdzieś przy swoim domu, niby miejscu rodzinnego ciepła. Albo i siedlisku patologii. Samo zdarzenie trwało tylko kilka sekund. Wybicie. Źle obliczona trajektoria lotu. Niepowodzeniem zakończone lądowanie. Upadek. Tak, ‘upadek’ to najbardziej adekwatne słowo w tej sytuacji. I zderzenie się z podłożem.

/A mówiono, że beton na szczęście zamortyzował upadek.

Zaobserwowano zmianę. Stała się mądrzejsza. Zdziwieni rodziciele lub po prostu ‘opiekuni prawni’ posłali ją na badania. Jeśli to nie tylko slogan reklamowy, to dziewczynka ‘ewoluowała’. I nie miało to nic wspólnego z pojawieniem się drugorzędnych cech płciowych. Jej współczynnik IQ wykroczył ponad normę. Po prostu.

Moja zmiana miała inny charakter. O wiele bardziej subtelny

***

W głowie kłębiły się różne odpowiedzi i pytania tego dnia. Choć, osobiście nie dawała mi spokoju pewna koncepcja mówiąca o zalegalizowaniu prostytucji. Przeniesienie jej do białej strefy rynkowej, pozwoliło by państwu na załatanie dziury budżetowej, a niewyżytym samcom alfa na załatanie innych dziur…

- Och, daj spokój. Nie współdzielmy takich myśli o świcie przepełnionym aromatem kawy i zmierzchu rozmazującym ostatnie promienie słońca. Trzymajmy się tej chwili, jest ona zbyt piękna by zaprzątać sobie głowę takim pieprzeniem. W sensie słów, nie prostytucji…

Kwestia jednak była o wiele poważniejsza niż mogło się wydawać. Próbowaliśmy nie myśleć o niej zbyt wiele. Słowa na ten temat powinny pozostać martwe, tak jak zwłoki. Tyle w tym temacie miał do powiedzenia mój towarzysz. Tak naprawdę, była to towarzyszka, ale chciała zachować anonimowość.

/Z perspektywy czasu, wiem że to nieistotne.

Zmiana na lepsze rozpoczęła się poprzez podjęcie kolejnej autodestruktywnej decyzji. Jak wspomniałem, nie ma złych czy dobrych wyborów, są tylko konsekwencję. Chęć osiągnięcia stanu upojenia alkoholowego, przytępienia zmysłów i oderwania się od rzeczywistości skierowała mnie na tą imprezę. Nawet nie wiem w czyjej intencji składaliśmy wtedy modły. Miało to być kolejne puste doświadczenie, w niczym nie lepsze od ciągu eterowego. Szukaliśmy naszego amerykańskiego snu, niczym Raoul Duke. Kości zostały rzucone. Gdzieś pomiędzy drugim a trzecim schłodzonym piwem.

I wtedy pojawiła się Ona. Pierwiastek X. Odtrutka tych złych dni. Swoiste antidotum w stanie naturalnym. Mój amerykański sen miał się spełnić.

***

Było słonecznie, w naszym wspólnym miejscu, gdy po raz pierwszy się pocałowaliśmy. Delikatna bryza targała rozpuszczone włosy mojej towarzyszki. Czuły dotyk nie znajduje oporu przemierzając gładkie policzki. Oczy, dokładnie te, w których nie raz utonąłem.  Jej usta, moje usta. Dwa oddzielne byty, zlane w jedność. Nasze wspólne, wtedy jeszcze nieśmiałości – dziś zwane namiętnościami.

Niezapomniana chwila zapomnienia.

***

Ze stanu zamyślenia wyrwał mnie charkot dochodzący z głośników samochodowych, utrzymujących się w stanie agonalnym już od jakiegoś czasu. Jak silna musi być ich wola do życia, skoro jeszcze wydają z siebie te wesołe dźwięki gitary basowej…

Albo robią to z inercji do robienia czegokolwiek innego, lub też z miłości do swojego powołania. W ustach odczuwam słony posmak, gdy piorun rozrywa pochmurne niebo. Adekwatność klimatu do obecnej chwili była wręcz zadziwiająca. Czerwona trumna na kółkach odgrywała swoją ostatnią symfonię. Silnik gaśnie, gdy Ona odpala mi ostatniego papierosa.

- Hej, przecież wszystko musi się kiedyś skończyć.– dodała z uśmiechem na ustach, spoglądając na mnie spod tych swoich włosów, które kilkanaście minut wcześniej rozmierzwiłem. Kontrolka paliwowa na desce rozdzielczej wrzeszczy do nas: ‘Jestem cholernie spragniona!’. Wydajemy się jej nie słyszeć.

- Tak Kochana, wszystko ma swój koniec. Nawet początek, kiedyś się kończy. .. – w zamyśleniu dokarmiam swój nałóg. Papieros…

Krople deszczu zraszają skórę. Osiadają na odsłoniętych ramionach mojej miłości. Wpadamy w swoje objęcia zapominając o otaczającym nas świecie. I całej tej drodze którą przeszliśmy, a ostatnio nawet przejechaliśmy. Jesteśmy razem, czy coś więcej ma znaczenie?

***

Hol. Takie duże pomieszczenie z paroma meblami służącymi raczej dekoracji wnętrz niż ułatwieniu życia. Tuż przy schodach prowadzących do pomieszczeń biurowych stoi wykwintny, skórzany fotel utrzymany w klimatach art deco. Trwam na posterunku zatopiony w tym wygodnym siedzisku przyglądając się pędzącym gdzieś ludziom. W lewej kieszeni mojego czarnego płaszcza poza opróżnioną do połowy paczką Lucky Strike znajduję pustkę. Podobną do tej, która właśnie panoszy się w mojej głowie. Słyszałem o tych słynnych, wielkich ucieczkach dwojga ludzi w celu znalezienia ‘lepszego jutra’.

Czemu tak często patrzymy tylko przyszłościowo, skoro teraźniejszość też kiedyś była przyszłością, a ta już dawno temu miała być lepsza?

Mówią, że każdy człowiek w ciągu życia rodzi się dwukrotnie. Pierwsza data jest w jakiś sposób namacalna i oczywista, a druga, jest raczej na tyle subtelna, iż wręcz symboliczna.

Drugie narodziny, które mam na myśli są już sprawą bardzo indywidualną. Zdecydowanie, poczęcie to odbywa się w warunkach kontrolowanych przez jednostkę i w wieku, dla tej jednostki odpowiednim.

Dlatego też, urodziłem się po raz drugi, przy wersach ‘Drogi’ McCarthy’ego. Wszystko to odbyło się przy filiżance zielonej herbaty, wśród zapachu druku i dźwięku wertowanych stron. Do dziś kocham fakturę papieru. To był ten okres, w którym zrozumiałem czym jest pasja.

/Bo właśnie tym, od tamtej pory stały się dla mnie książki. Pasją. A chwilę później – i tworzenie.

Pisarstwo.

Pewnego dnia, gdy odwiedził mnie mój znajomy, a w mojej skromnej kolekcji było już prawie sto książek, doszło pomiędzy nami do dyskusji oscylującej wśród właśnie wcześniej wspomnianych książek i ich cen.

- Książki są za drogie. Powinny być tańsze. Dajmy na to, że aby przeczytać jakąś pozycję, muszę liczyć się z wydatkiem rzędu trzydziestu – czterdziestu złotych. Przyjmijmy, że taka jest uśredniona cena książek.

Tymi słowami wyraził swoją opinię mój znajomy, sprowadzając coś tak wybitnego jak literaturę, do poziomu towarów. Moja odpowiedź wyglądała mniej więcej tak:

Twierdzisz, że książki są drogie. Że nie zawsze dobre. Sprowadzasz je tylko do czynnika stricte ekonomicznego i traktujesz je w sposób stricte hobbystyczny. TYLKO jako sposób na zabicie czasu. Widać, że to nie jest Twoja pasja. Jeśli coś kochasz, to pieniądze, nie grają dla Ciebie żadnej roli. Chyba że kochasz pieniądze…

/Wtedy się delikatnie uśmiechnąłem.

Ale spójrz na to w ten sposób. Jeśli stworzysz równanie, w którym za stałą podstawisz miłość, za drugą stałą książki, a za zmienną cenę, to czy finanse będą miały dla Ciebie znaczenie, jeśli pomiędzy miłością a książkami wystąpi znak równości? Oczywiście, złotówki, euro, dolary, funty czy ruble mogą być problemem, zwłaszcza, jeśli cierpimy na ich niedostatek, ale nie są to przeszkody nie do usunięcia.

/Haust powietrza rozprowadza krew bogatą w tlen po moim organizmie dotleniając w ten sposób racjonalnie operujący mózg.

Mówiłeś o trzydziestu złotych. Idąc do kina, załóżmy że sam, bo książki też zwykle czytamy w samotności, wydajesz około piętnastu złotych na bilet. Ulgowy. Kiedyś stwierdzono, iż optymalnie film, powinien trwać około półtorej godziny. Niech trwa nawet trzy. Po upływie tego czasu, wracasz do rzeczywistości. Z książką za trzydzieści złotych, zwykle spędzasz minimalnie dwa razy więcej czasu niż trzy godziny. A jeśli jest dobra, to kupując ją na własność masz do niej później darmowy dostęp. No i nie musisz co chwilę inwestować w coraz to nowsze technologie. Książkę sprzed dwudziestu lat odczytasz tymi samymi oczyma i pochłoniesz tym samym mózgiem. Swoim umysłem. Spróbuj obejrzeć film w FullHD na komputerze z roku choćby 2003…

/Tak, kocham książki. Po ‘Drodze’, udało mi się zdobyć między innymi takie tytuły jak: ‘Fight Club’, ‘Rozbitek’, ‘Gra Endera’, ‘Hyperion’, ‘Upadek Hyperiona’, ‘Podziemia Veniss’, ‘Wiedźmin’, ‘Cień Wiatru’, czy choćby kamień milowy fantastyki ‘Władcę Pierścieni’. To tylko nieliczne z tych dzieł, które przedefiniowały moje życie.

Dziwi mnie, że traktujesz literaturę – dzieła sztuki – jak zwykłe towary. Czy uważasz, że te trzydzieści złotych, to naprawdę duża stawka, za coś co jest bezcenne?

Kochać siebie samego – oto idylla, która trwa całe życie.

~ Oscar Wilde

Mówiono na mnie kiedyś ‘Pan Kwiatek’. I Dzieci Kwiaty nie miały z tym nic wspólnego. Nie byłem też chory na różyczkę. Myślę, że nie chodziło też o mój entuzjazm względem pięknych roślin – w dzieciństwie gdy dorwałem kosiarkę w swoje ręce, lubiłem z premedytacją skrócić o głowę kilka kolorowych dekoracji przed domem moich rodziców, by chwilę później grając zdziwienie wygłosić zdanie ‘a to nie były chwasty?’.

/Pomieszczenie wypełnia się nowym zapachem sygnowanym nazwiskiem J.P. Gaultier’a.

Dopiero doświadczenie zdobyte w późniejszym okresie życia odkryło przede mną słowa i zwroty typu pewność siebie, narcyzm czy drogeria. Dalsze eksploracja tych tematów ograniczała się głównie do odnajdywania nazw własnych – Hugo Boss, Mexx, Wrangler, Christian Dior oraz wiele innych. Zakładając nową taliowaną koszulę czułem się jak Bóg. Cholera, nadal się tak czuję! Materiał z jakiego wykonane było odzienie oczywiście był ważny, ale nie oszukujmy się –  pewności siebie najbardziej dodaje firmowa metka.

Kokietowany przez etykiety firmowe.

I właśnie wtedy, gdy stałem przed lustrem, a moje ukochane ubrania okrywały moje ukochane ciało, wyperfumowane moimi ukochanymi perfumami, metroseksualizm wchodził w życie. Niezgodnie z ustawą o emisji freonów. Zresztą, skażenie środowiska naturalnego to bardzo niska cena jaką trzeba zapłacić za dobry wygląd… Spojrzałem jeszcze raz we własne odbicie w lustrze, a delikatny, cyniczny uśmiech rozpromienił mą twarz. W ten oto sposób pokochałem siebie. I tak nazwa ogólna przekształciła się w szczegółową – Pan Kwiatek został zastąpiony Narcyzem.

Wolę, gdy słowa są bardziej precyzyjne.

Nie ma co się wstydzić miłości do samego siebie. Poza tym, że masz swoją drugą połówkę zawsze przy sobie, to nikt nie powie Ci, że masz zły gust. Bo o gustach się nie dyskutuje – to po pierwsze, a po drugie – jesteś tym kim chcesz być i z tym kimś jesteś zarazem. Jeśli jest jakaś definicja związku idealnego, to prawdopodobnie brzmi ona bardzo podobnie.

Pomyślałem kiedyś nad podzieleniem się własną osobą, oczywiście z przedstawicielką płci przeciwnej. Bo tak naprawdę moja żona nie musi być piękna, ale musi powtarzać, że to ja jestem piękny.  A gdy zapyta, czy chcę posiadać dziecko, powinna akceptować odpowiedź ‘gdy następnym razem będziemy przechadzać się po Rossmannie, pomyślę nad zakupem jakiegoś’.

/Pomieszczenie wypełnia się nowym zapachem sygnowanym nazwiskiem Davida Beckham’a.

Czas najwyższy uwagę na sobie zatrzymać, udać się do lustra i potwierdzić definicję słowa wspaniały. Gdy tak się nad tym dłużej zastanowię, uważam iż przydało by się zainwestować w dodatkowe lustra i wyłożyć nimi ściany. Wtedy mógłbym więcej czasu spędzać wpatrzony we własne JA.

Coś pięknego!

Ani słowa w mroku…

Posted: 12 Kwiecień 2010 in Opowiadania
Tagi: , , , , ,

Urządzenia zasilane energią elektryczną umarły. Zmrok zapadł przed siedemnastą. Ojczyznę ogarnęła śmiertelna cisza i głęboki mrok. Jedyne dźwięki jakie można było usłyszeć to trzeszczenie oszronionych gałęzi, ewentualnie ujadanie rozwścieczonych psów. Wyszły na łowy, by zagryźć ludzi lub by zatopić zęby w jakimkolwiek kawałku mięsa. Sąsiedzi wyjechali, gdyż piece elektryczne już dawno odmówiły posłuszeństwa. Ludzie mojego pokroju czekali na nadejście obiecanego mesjasza – impulsu elektrycznego. Zgodnie z legendą miał on rozświetlić mrok i zwalczyć powstały w jego wyniku chaos. Tacy zbawcy na rynku kapitalistycznym zwykli mieć największe powodzenie.

Ostatni komunikat jaki usłyszałem w radiu zanim zdążyło ono umilknąć brzmiał: ‘Na Haiti zginęło około 50.000 ludzi, chociaż niektóre źródła donoszą, iż liczba ofiar śmiertelnych może wynosić nawet 100.000. Ludzie poukładali na ulicach barykady ze zwłok swych rodaków, by zaprotestować przeciwko nieudolnej akcji ratunkowej’.

Gdzieś jeszcze padła wzmianka, iż w obawie przed epidemią prezydent postanowił grzebać zwłoki w zbiorowych mogiłach – w pierwszej miało się znajdować ok. 7.000 ludzi.

Śmierć jednej osoby to tragedia, miliona – to tylko statystyka’ – jak zwykł mawiać towarzysz Stalin.

W chwilach kryzysowych ludzie są zdolni do wszystkiego. ‘Człowieczeństwo’ staje się tylko pustym słowem, a ‘moralność’ niczym więcej jak papierem toaletowym. Estetyczny banał.

Jak naprawić kraj, który cały poległ w gruzach?

Krzyk gwałconych kobiet unosi się w powietrzu. Niebo na zachodzie rozjaśnia łuna płonącego gdzieś w oddali domostwa. Albo lasu. Ślady za oknem wskazują, iż doszło tam do zjedzenia jakiegoś zwierzęcia przez inne zwierzę. Czerwone plamy, już zimne. Na śniegu.

Nie odśnieżane chodniki zwężają ulicę. Drogę ucieczki z tej zapomnianej przez Boga krainy ciemności.

Ostateczną drogę…

Jedyna broń jaką posiadam to nóż z poluzowaną głownią. Jedyne światło jakie rozświetla mi mrok to żar mego serca. Jedyne słowa jakie chcę przekazać muszę przelewać na papier, by nie usłyszały mnie bestie czające się w otchłaniach ciemności.

Utraciłem wszelkie kanały informacyjne i łącznościowe. Zostałem sam. Samo pośród dziczy. I tej pustki, która nie łączy. Zera absolutnego.

/Kaszlnąłem, a wtedy w mroku pojawiły się odbijające światło oczy. Ich oczy. Zaczęły się zbliżać. Powolne kroki i ciężkie łapy tratujące śnieg.

A więc to tak brzmi śmierć?

Stałeś wtedy w wejściu do pokoju gościnnego. Na zewnątrz padało. Krople deszczu rozbijały się o szybę. ‘Bozia płakała’. W dłoni trzymałeś za lewą łapkę swoją ukochaną maskotkę. Najlepszego, niewyimaginowanego przyjaciela. Twoja prawa, bosa stopa wskazywała kierunek telewizora, a ten wskazywał kierunek w jakim podążał cały świat.

Historie o duchach, krzyczących matkach w starych, opuszczonych i zdezelowanych domach pozostawionych na pastwę losu. Głodujące dzieci w Etiopii. Te smutne fotografie i wiadomości telewizyjne składające się w dziewięćdziesięciu procentach z tragedii w skali mikro i makro. Tony cząsteczek kurzu wibrującego w zatęchłym powietrzu, czy łzy torujące sobie drogę poprzez policzki spanikowanych ludzi.

Te wszystkie nieodkryte tajemnice.

Odsłonięte przez ‘prawdę ekranu’.

Zebrane w księgi. W słowa. W obrazy. W te wszystkie chwile spędzone ze znajomymi, gdy ognisko rozświetlało rozgwieżdżone niebo, a wiatr rozwiewał włosy dziewczyny siedzącej obok. Tej samej, w której się sekretnie podkochiwałeś…

Całe dzieciństwo usłane opowieściami o duchach będącymi odzwierciedleniem kary za nieposłuszeństwo wobec starszych autorytetów – oczywiście tych, którzy nie określali się mianem rodziców, czy dziadków. Filmy, które oglądałeś mając cztery, albo pięć lat – te, po których sen jest ostatnią rzeczą o jakiej myślisz.

Władza oparta na strachu. W okresie dziecięcym – przed tym co nieznane. Duchami. A gdy już prawnie jesteś dorosłą jednostką– duchy zamieniają się w rzeczywistość.

Schowałem do schowka samochodowego różowe okulary, by po chwili z impetem zderzyć się ze ścianą określaną przez tutejszych ‘realnością’. Tłumaczyłem, że oślepiły mnie promienie słońca. Jednak mi nie uwierzyli. Padało. ‘Bozia płakała’.

Kursy kolizyjne są nieuniknione.

Ta ręka próbująca wyjść spod łóżka, by wciągnąć Cię do jakiejś złowrogiej krainy, jest pierwszym wypitym kieliszkiem wódki. Teraz znajdujesz się w jej uścisku dosyć często. Nie widzisz jej, ale czujesz moc, która pochłania Cię, a następnie zmusza do generowania przez zmaltretowany umysł dziwnych myśli.

Abstynencja zawsze była chorobą psychiczną. To, że nie została do tej pory ujęta w klasyfikacji DSM-IV zrywa sen z powiek wielu pokoleniom ‘nie w pełni anonimowych alkoholików’.

W końcu utożsamiasz się z Werterem. Weltschmerz. Tak Niemcy określają ‘ból istnienia’. Całe Twoje dramaty, tragedie w skali mikro i makro sprowadzone do jednego pojęcia. Budzisz się z tą świadomością, więc niewidzialna ręka rynku kieruje Twe kroki w stronę monopolowego. Niewidzialna ręka spod łóżka wyjmuje Twój anemiczny portfel. Twoja widzialna, prawa ręka odkręca butelkę i przechyla ją.

Chciałbyś powrócić do świata duchów, do swojego pluszowego przyjaciela.

Wtłaczając ostatnie krople trucizny ścinającej białko, czujesz że zbliża się burza.

Bozia znów będzie płakała’.