Kochać siebie samego – oto idylla, która trwa całe życie.

~ Oscar Wilde

Mówiono na mnie kiedyś ‘Pan Kwiatek’. I Dzieci Kwiaty nie miały z tym nic wspólnego. Nie byłem też chory na różyczkę. Myślę, że nie chodziło też o mój entuzjazm względem pięknych roślin – w dzieciństwie gdy dorwałem kosiarkę w swoje ręce, lubiłem z premedytacją skrócić o głowę kilka kolorowych dekoracji przed domem moich rodziców, by chwilę później grając zdziwienie wygłosić zdanie ‘a to nie były chwasty?’.

/Pomieszczenie wypełnia się nowym zapachem sygnowanym nazwiskiem J.P. Gaultier’a.

Dopiero doświadczenie zdobyte w późniejszym okresie życia odkryło przede mną słowa i zwroty typu pewność siebie, narcyzm czy drogeria. Dalsze eksploracja tych tematów ograniczała się głównie do odnajdywania nazw własnych – Hugo Boss, Mexx, Wrangler, Christian Dior oraz wiele innych. Zakładając nową taliowaną koszulę czułem się jak Bóg. Cholera, nadal się tak czuję! Materiał z jakiego wykonane było odzienie oczywiście był ważny, ale nie oszukujmy się –  pewności siebie najbardziej dodaje firmowa metka.

Kokietowany przez etykiety firmowe.

I właśnie wtedy, gdy stałem przed lustrem, a moje ukochane ubrania okrywały moje ukochane ciało, wyperfumowane moimi ukochanymi perfumami, metroseksualizm wchodził w życie. Niezgodnie z ustawą o emisji freonów. Zresztą, skażenie środowiska naturalnego to bardzo niska cena jaką trzeba zapłacić za dobry wygląd… Spojrzałem jeszcze raz we własne odbicie w lustrze, a delikatny, cyniczny uśmiech rozpromienił mą twarz. W ten oto sposób pokochałem siebie. I tak nazwa ogólna przekształciła się w szczegółową – Pan Kwiatek został zastąpiony Narcyzem.

Wolę, gdy słowa są bardziej precyzyjne.

Nie ma co się wstydzić miłości do samego siebie. Poza tym, że masz swoją drugą połówkę zawsze przy sobie, to nikt nie powie Ci, że masz zły gust. Bo o gustach się nie dyskutuje – to po pierwsze, a po drugie – jesteś tym kim chcesz być i z tym kimś jesteś zarazem. Jeśli jest jakaś definicja związku idealnego, to prawdopodobnie brzmi ona bardzo podobnie.

Pomyślałem kiedyś nad podzieleniem się własną osobą, oczywiście z przedstawicielką płci przeciwnej. Bo tak naprawdę moja żona nie musi być piękna, ale musi powtarzać, że to ja jestem piękny.  A gdy zapyta, czy chcę posiadać dziecko, powinna akceptować odpowiedź ‘gdy następnym razem będziemy przechadzać się po Rossmannie, pomyślę nad zakupem jakiegoś’.

/Pomieszczenie wypełnia się nowym zapachem sygnowanym nazwiskiem Davida Beckham’a.

Czas najwyższy uwagę na sobie zatrzymać, udać się do lustra i potwierdzić definicję słowa wspaniały. Gdy tak się nad tym dłużej zastanowię, uważam iż przydało by się zainwestować w dodatkowe lustra i wyłożyć nimi ściany. Wtedy mógłbym więcej czasu spędzać wpatrzony we własne JA.

Coś pięknego!

Ani słowa w mroku…

Posted: 12 Kwiecień 2010 in Opowiadania
Tagi: , , , , ,

Urządzenia zasilane energią elektryczną umarły. Zmrok zapadł przed siedemnastą. Ojczyznę ogarnęła śmiertelna cisza i głęboki mrok. Jedyne dźwięki jakie można było usłyszeć to trzeszczenie oszronionych gałęzi, ewentualnie ujadanie rozwścieczonych psów. Wyszły na łowy, by zagryźć ludzi lub by zatopić zęby w jakimkolwiek kawałku mięsa. Sąsiedzi wyjechali, gdyż piece elektryczne już dawno odmówiły posłuszeństwa. Ludzie mojego pokroju czekali na nadejście obiecanego mesjasza – impulsu elektrycznego. Zgodnie z legendą miał on rozświetlić mrok i zwalczyć powstały w jego wyniku chaos. Tacy zbawcy na rynku kapitalistycznym zwykli mieć największe powodzenie.

Ostatni komunikat jaki usłyszałem w radiu zanim zdążyło ono umilknąć brzmiał: ‘Na Haiti zginęło około 50.000 ludzi, chociaż niektóre źródła donoszą, iż liczba ofiar śmiertelnych może wynosić nawet 100.000. Ludzie poukładali na ulicach barykady ze zwłok swych rodaków, by zaprotestować przeciwko nieudolnej akcji ratunkowej’.

Gdzieś jeszcze padła wzmianka, iż w obawie przed epidemią prezydent postanowił grzebać zwłoki w zbiorowych mogiłach – w pierwszej miało się znajdować ok. 7.000 ludzi.

Śmierć jednej osoby to tragedia, miliona – to tylko statystyka’ – jak zwykł mawiać towarzysz Stalin.

W chwilach kryzysowych ludzie są zdolni do wszystkiego. ‘Człowieczeństwo’ staje się tylko pustym słowem, a ‘moralność’ niczym więcej jak papierem toaletowym. Estetyczny banał.

Jak naprawić kraj, który cały poległ w gruzach?

Krzyk gwałconych kobiet unosi się w powietrzu. Niebo na zachodzie rozjaśnia łuna płonącego gdzieś w oddali domostwa. Albo lasu. Ślady za oknem wskazują, iż doszło tam do zjedzenia jakiegoś zwierzęcia przez inne zwierzę. Czerwone plamy, już zimne. Na śniegu.

Nie odśnieżane chodniki zwężają ulicę. Drogę ucieczki z tej zapomnianej przez Boga krainy ciemności.

Ostateczną drogę…

Jedyna broń jaką posiadam to nóż z poluzowaną głownią. Jedyne światło jakie rozświetla mi mrok to żar mego serca. Jedyne słowa jakie chcę przekazać muszę przelewać na papier, by nie usłyszały mnie bestie czające się w otchłaniach ciemności.

Utraciłem wszelkie kanały informacyjne i łącznościowe. Zostałem sam. Samo pośród dziczy. I tej pustki, która nie łączy. Zera absolutnego.

/Kaszlnąłem, a wtedy w mroku pojawiły się odbijające światło oczy. Ich oczy. Zaczęły się zbliżać. Powolne kroki i ciężkie łapy tratujące śnieg.

A więc to tak brzmi śmierć?

Stałeś wtedy w wejściu do pokoju gościnnego. Na zewnątrz padało. Krople deszczu rozbijały się o szybę. ‘Bozia płakała’. W dłoni trzymałeś za lewą łapkę swoją ukochaną maskotkę. Najlepszego, niewyimaginowanego przyjaciela. Twoja prawa, bosa stopa wskazywała kierunek telewizora, a ten wskazywał kierunek w jakim podążał cały świat.

Historie o duchach, krzyczących matkach w starych, opuszczonych i zdezelowanych domach pozostawionych na pastwę losu. Głodujące dzieci w Etiopii. Te smutne fotografie i wiadomości telewizyjne składające się w dziewięćdziesięciu procentach z tragedii w skali mikro i makro. Tony cząsteczek kurzu wibrującego w zatęchłym powietrzu, czy łzy torujące sobie drogę poprzez policzki spanikowanych ludzi.

Te wszystkie nieodkryte tajemnice.

Odsłonięte przez ‘prawdę ekranu’.

Zebrane w księgi. W słowa. W obrazy. W te wszystkie chwile spędzone ze znajomymi, gdy ognisko rozświetlało rozgwieżdżone niebo, a wiatr rozwiewał włosy dziewczyny siedzącej obok. Tej samej, w której się sekretnie podkochiwałeś…

Całe dzieciństwo usłane opowieściami o duchach będącymi odzwierciedleniem kary za nieposłuszeństwo wobec starszych autorytetów – oczywiście tych, którzy nie określali się mianem rodziców, czy dziadków. Filmy, które oglądałeś mając cztery, albo pięć lat – te, po których sen jest ostatnią rzeczą o jakiej myślisz.

Władza oparta na strachu. W okresie dziecięcym – przed tym co nieznane. Duchami. A gdy już prawnie jesteś dorosłą jednostką– duchy zamieniają się w rzeczywistość.

Schowałem do schowka samochodowego różowe okulary, by po chwili z impetem zderzyć się ze ścianą określaną przez tutejszych ‘realnością’. Tłumaczyłem, że oślepiły mnie promienie słońca. Jednak mi nie uwierzyli. Padało. ‘Bozia płakała’.

Kursy kolizyjne są nieuniknione.

Ta ręka próbująca wyjść spod łóżka, by wciągnąć Cię do jakiejś złowrogiej krainy, jest pierwszym wypitym kieliszkiem wódki. Teraz znajdujesz się w jej uścisku dosyć często. Nie widzisz jej, ale czujesz moc, która pochłania Cię, a następnie zmusza do generowania przez zmaltretowany umysł dziwnych myśli.

Abstynencja zawsze była chorobą psychiczną. To, że nie została do tej pory ujęta w klasyfikacji DSM-IV zrywa sen z powiek wielu pokoleniom ‘nie w pełni anonimowych alkoholików’.

W końcu utożsamiasz się z Werterem. Weltschmerz. Tak Niemcy określają ‘ból istnienia’. Całe Twoje dramaty, tragedie w skali mikro i makro sprowadzone do jednego pojęcia. Budzisz się z tą świadomością, więc niewidzialna ręka rynku kieruje Twe kroki w stronę monopolowego. Niewidzialna ręka spod łóżka wyjmuje Twój anemiczny portfel. Twoja widzialna, prawa ręka odkręca butelkę i przechyla ją.

Chciałbyś powrócić do świata duchów, do swojego pluszowego przyjaciela.

Wtłaczając ostatnie krople trucizny ścinającej białko, czujesz że zbliża się burza.

Bozia znów będzie płakała’.

Wena.

Posted: 23 Marzec 2010 in Dzienniki Karola
Tagi: ,

Szukałem weny.

Albo ona mnie.

W każdym razie natknęliśmy się na siebie trzydzieści minut po północy. Jak to zwykle bywa, najlepsze pomysły pojawiają się przed snem. Przed ważnymi wydarzeniami…

Chyba są pewnego rodzaju odskocznią od życia. Głównie od problemów, które summa summarum składają się na wcześniej wspomniane życie.

Przynajmniej takie równanie wychodzi w przypadku mojego ‘życia’.

Inspiracja pojawiła się nagle. Znikąd. Zabawne, że dotarła ona do mnie wtedy, gdy stłumiłem emocję… Choć tak naprawdę emocje tłumiły mnie. Zdałem sobie sprawę, że jestem skazany na samotność, poddając się odwiecznym prawom tego świata. Wybór nie był oczywisty – spełnienie siebie, albo oddanie się w ręce innych ludzi. Jednostek do których przywiązujemy się poprzez miłe słowa, wymianę uśmiechów, gesty czy inne interakcje nastawione na rozwój społeczny. Człowiek taki jak ja nie zasługuje na szczęście. A nawet jeśli, to właśnie szczęście sprawia, że nie jest on sobą.

Mój stary przyjaciel Smutek (od naszego pierwszego spotkania) był mym nieodłącznym kompanem; z wyjątkiem chwil uniesienia emocjonalnego. Przebłysków fleszy wyszukujących uśmiech… Byliśmy tak blisko siebie, iż zacząłem pachnieć tak jak on, wyglądać tak jak on i myśleć tak jak on. Ostatecznie staliśmy się jednością. Dwoma zagubionymi duszami wewnątrz jednego ciała. Ciała, które jest tak niedoskonałe…

Starałem się przybliżyć do ludzi. Do przyjaciół. Do rodziny. Do samego siebie…

Samotność jednak pozostawia bardziej intensywny posmak, gdy pośród tylu ludzi i tak nadal odczuwa się to, że jest się pojedynczym cieniem podczas wieczornego, jesiennego spaceru we dwoje. Podczas spotkania z grupą znajomych…

Chciałbym móc powiedzieć – nie kłamiąc przy tym – że ktoś mnie zna, że zrozumie moje przyszłe decyzje. Jakiekolwiek by one nie były.

Ale wiem, że tak nie jest.

Emocje, które wyzwoliłem, ponownie doprowadziły do nawałnicy w filiżance kawy. W moim małym, prywatnym kąciku zwanym życiem. Ogromny podmuch radości zerwał żagle z wyhaftowanymi postaciami tańczącymi gdzieś w oberży na krańcu świata. Nadciągająca fala uczyniła pokład niestabilnym, a ster – bezużytecznym. Łupieżcy poprzez abordaż wywołali chaos, wnieśli choroby, a po stoczonej walce – zostawili pożogę. Jedyną nadzieją na uratowanie okrętu było powstrzymanie sztormu oraz wytrwanie do momentu, gdy szubrawcy znikną za linią horyzontu, pozostawiając chaos samemu sobie…

To była jedyna słuszna decyzja.

Dzisiejsza noc była szczodra oddając w me dłonie tak potężnego sprzymierzeńca jakim jest wena.

Moja prywatna zbawczyni.

Moja muza…

Byłem kiedyś w kuchni.

Stanąłem przed ogromnym urządzeniem z dwoma drzwiczkami obsadzonymi na zawiasach – co poniektórzy zwykli je nazywać ‘lodówką’ – by chwilę później zmierzyć się z tym co znajdę w środku. Miałem wybrać coś do zjedzenia, aczkolwiek nie byłem wtedy specjalnie głodny.

Pierwsze co wpadło mi w oko po otwarciu bram skrywających kulinarne rozkosze, to małe pudełeczko, opatrzone emblematem ‘Novo-Helisen Depot’, jednak mój alergolog zwykł mawiać mi, iż alergenami roztoczy kurzu domowego co prawda wzmocni się układ immunologiczny, ale już nie zasili układu pokarmowego. Nie byłem zainteresowany natychmiastową i empiryczną weryfikacją tej teorii. Tak więc przekręciłem lekko gałki oczne i zakumulowałem wzrok na produktach z rodziny nabiałów, i tak:

Ser żółty – nie jem. Cienko pokrojone, maszynowo dziurawione plasterki sprzedawane w pudełku, w którym spokojnie można by zapakować dwa razy więcej produktu. Udajesz się do sklepu spożywczego i kupujesz taki ser z myślą, że w najbliższym czasie nie będziesz go musiał nabywać ponownie, gdyż pudełko sprawia wrażenie, że w środku naprawdę jest dużo plasterków. W końcu ser jest lekki, pudełko nie ujawnia ilości plasterków, ani nie odsłania wnętrza, a ważąc je w ręce masz wrażenie, że naprawdę jest wypchane serem po same brzegi. I dopiero po otwarciu w domu, zdajesz sobie sprawę, że zostałeś w pewien sposób oszukany. Walczę z zabiegami nieczystego marketingu, tak więc nie będę jadł pożywienia, które jest sprzeczne z moją ideologią. Poza tym – ser żółty jest za suchy.

Ser biały – nie jem. Zbyt biały. A jeśli mnie pamięć nie myli, to było takie przysłowie, które brzmiało mniej więcej tak: ‘ser biały to biała śmierć’… albo jakoś podobnie. Tej teorii, podobnie jak tezy o alergenach,  również nie miałem zamiaru weryfikować.

Jogurt naturalny – nie jem. Zapewnie z naturalnością ma on tyle wspólnego co normalna ciąża z zapłodnieniem in vitro. Albo wyroby czekoladopodobne z czekoladą. Przy okazji, czemu nazywają się ‘czekoladopodobne’, skoro ani nie są podobne do czekolady, ani do niczego innego?

Jogurt owocowy – nie jem. Na wieczku jest napisane, że zawiera, cytuję: ‘extra duże kawałki owoców’, a wiadomo – aby wiśnia była ‘extra duża’, chcąc nie chcąc musi być spryskana pestycydami. Gdzieś czytałem, że nie mają one najlepszego wpływu na stan zdrowia, ba – że nawet zaszkodzić potrafią! To sprawia, że jogurt owocowy zostaje oficjalnie zdyskwalifikowany w przedbiegach.

Przypomniało mi się, jak mój przyjaciel stwierdził: ‘Ty wszędzie węszysz podstęp.’

Wtedy też zniechęciłem się do nabiałów i postanowiłem zmienić punkt obserwacyjny; przeniosłem wzrok na drugą półkę, a tam:

Szynka – nie jem. Jak coś jest podpisane jako ‘Szynka Babuni’, to zastanawiam się, czy wyrabiała ją jakaś ‘Babunia’, czy też jest ona zrobiona z poszczególnych komponentów składających się na wspomnianą wcześniej ‘Babunię’. ‘Babunią’ zresztą, zwykło się określać leciwą kobietę, wnioskuje więc, że mięso ze starszej osoby prawdopodobnie nie smakuje najlepiej i prawdopodobnie do najzdrowszych nie należy; postanawiam sobie odpuścić. Za taką decyzją przemawia też fakt, że stare mięso zwykło też być wielokrotnie odświeżane i sprzedawane w różnych sklepach nastawionych tylko na zyski, pod sztandarowym hasłem ‘wietrzenie magazynów’. Zastanawia mnie, z czego produkowana jest ‘Szynka z Łysych’… Mam nadzieję, że nie z ludzi bez włosów na głowie, bo ‘Babunią’ nie ma szans, żebym został, a ołysieć zawszę mogę.

Skończenie jako szynka to koniec, który pretenduje do otrzymania Nagrody Darwina.

Jakaś konserwa rybna – nie jem. Chociaż ryby są podobno zdrowe. Nie wiem czy dotyczy to też ryb w sosie pomidorowym, ale tutaj problem akurat leży gdzie indziej – nie mam pojęcia gdzie jest otwieracz do konserw. A z doświadczenie wiem, że otwieranie puszek czy innych metalowych opakowań nożem nie kończy się najlepiej. Zwłaszcza dla ceraty zakrywającej blat stołu.

Są jeszcze jajka, kilka gatunków warzyw, jakieś przyprawy i butelka piwa. Pewnie ktoś ją tu przede mną ukrył – jakby na to nie patrzeć, pomysł był dobry, sam nie przypuszczałem, że będę zmuszony zapuścić się w rejony kuchenne, by przygotować sobie coś do jedzenia.

Podziwiam kobiety – jak z tego nieogarniętego chaosu, który jest w kuchni potrafią zrobić coś co się nadaje do zjedzenia?

Stoję tak jeszcze chwilę, zanim zdecyduję, że nie mogę się zdecydować. Więc zamykam lodówkę i idę do tego sekretnego miejsca, gdzie przechowywane są słodycze, czyli ‘to co Karolki lubią najbardziej‘. Przynajmniej w kwestii związanej z funkcjonowaniem układu pokarmowego. Na dzień dobry zjadam czekoladowego króliczka wielkanocnego, którego Mama zakupiła z myślą o zbliżających się świętach. Zaczynam od głowy, podobna ta psuje się najszybciej.

Dobrze, że jestem ateistą – inaczej miałbym wyrzuty sumienia.

Około dwie minuty później i jednym wielkanocnym symbolu mniej biorę do ręki wysokokaloryczny batonik – ‘kocham ten nagły przypływ energii, po którym zawsze następuje dół’, jak zwykł mawiać Johnny Bravo. Są jeszcze moje ulubione ciastka, więc wkładam do kieszeni w szlafroku całe opakowanie. Wziąłbym coś jeszcze, ale w drugiej ‘przenośnej skrytce’ znajduje się już bezprzewodowa myszka komputerowa, telefon komórkowy i pilot do telewizora.

Trójca święta.

W międzyczasie, gdy polowałem, by zdobyć coś do jedzenia zagotowała się woda w czajniku elektrycznym. Nie, nie położyłem go na kuchence gazowej. Chociaż słyszałem o czasach, gdy ‘czajnik elektryczny’ był nowością technologiczną na rynku, a ludzie próbowali gotować w nim wodę na – właśnie – kuchence gazowej. Autentyk.

Na blacie znajduje się już kubek, a w nim torebka zielonej herbaty i dwie łyżeczki cukru… teraz uświadamiam sobie, iż to chyba nie ‘biały ser’, a ‘cukier’ jest tą przysłowiową ‘białą śmiercią’. Dlatego też, pozbywam się nadwyżki powstałej w wyniku dostrajania słodkości napoju. Zalewam to wszystko przed chwilą zagotowaną wodą, a następnie wykonuję energicznie kilka eliptycznych ruchów łyżeczką, oczywiście starając się przy tym unikać kontaktu fizycznego sztućca ze ścianką kubka.

Gdy mam już przygotowane śniadanie, ewakuuje się z kuchni do swojego pokoju. I tak już przebywałem w tym obcym i nieprzyjaznym środowisku więcej niż zamierzałem.

Do obiadu pozostało jakieś pięć, sześć godzin – może nie umrę z głodu?

Ale tak to jest z posiłkami w moim wydaniu – istny survival.

Końcówka grudnia. Okres Bożego Narodzenia.

Czas epileptyków przechodzi swój ‘złoty wiek‘.

Wszystkie te optymistycznie mrugające światełka na choinkach, gwiazdki na wystawach sklepowych błyszczące w rytmie wesołych melodii o szerokim paśmie tonacji, znakomicie stymulują natężenie światła.

Więcej! Szybciej! Mocniej!

Zwiększyć napięcie, zwiększyć zyski… Jedno zachłanne spojrzenie w kierunku nowych, jedwabnych serwetek i jednostka, której wydawało się, że jest perfekcyjnie zdrowa [tak, są jeszcze ludzie, którzy myślą, że są nietykalni... zabawne, że większość z nich to lekarze.] nagle przewraca się, by po chwili wpaść w śmiercionośny taniec na parkiecie, czy innej posadzce.

Taniec usłany wydzielinami w postaci śluzu z nosa, uryny i/lub śliny. Krwawe wybroczyny podskórne, pojawiające się w chwili, gdy dana część organizmu wywiera nadmierny nacisk na twardy obiekt. Takie miniaturowe rany miażdżone. Szczękościsk zamiast ‘opadu szczeny‘ na widok rewelacyjnej obniżki cenowej.

Można by to uznać za antyreklamę.

Z punktu widzenia tak i ofiary jak i sprzedawcy jest to trauma. Obydwaj cierpią. Pierwszy doznaje bólu fizycznego i [zwykle] amnezji, drugi bólu psychicznego – klient przecież zapomina o promocji…

Ostatecznie można powiedzieć, iż jednak marketing spełnił swoją rolę – ktoś padł jego ofiarą.

Czy to istotne w jaki sposób?

Jestem chory.

Gdy boli Cię głowa – nawet w sposób nie-migrenowy – to jedyne wokół czego oscylują Twoje wszystkie myśli. Twoje wszystkie przekonania. To tylko wokół tego, by ten ból uśmierzyć. Nie potrafisz się zbytnio skoncentrować.

Tak czują normalni ludzie.

Po tygodniu bezustannego bólu głowy przestajesz zwracać na to uwagę. Później wszystko jest rozmazane. Po trzech tygodniach, gdy w dodatku mało śpisz, zaczynasz zauważać, że część snów zamazuje Ci obraz rzeczywistości.  Zastanawiasz się czy w obecnej chwili śpisz, czy nie. Po miesiącu bezustannego bólu i małej ilości snu inaczej reagujesz na bodźce.

Wolniej.

O b o j ę t n i e j .

Po dwóch miesiącach stwierdzasz, że całkiem prawdopodobne jest to, że umarłeś. Sam nie wiesz jak, kiedy i gdzie. Jesteś zdenerwowany, bo nikt Ci o tym nie powiedział. Nikt nie wrzucił Ci róż na twój grób. „Grób” – bo „groby”. Pomimo frustracji, zdajesz sobie sprawę, że jest to bezcelowe. Wszelki opór i tak jest nieskuteczny. Formy buntu są tylko formami.  Puste jak foremki na ciasto.

Albo piasek.

Minęło już dwa i pół miesiąca. I nadal Cię boli. Nadal nie śpisz. Ewentualnie śpisz mało. Ból staje się synonimem normalności. Uderzasz pięścią o ścianę z całej siły – choćby groziło to przestawieniem kości w śródręczu – by sprawdzić, czy ból jest ciągle „bólem” w podstawowym tego słowa znaczeniu. Wtedy stwierdzasz, że jednak jest.

Ręka boli Cię jak jasna cholera.

To zabawne jak można cieszyć się z tego, że coś Cię boli.

Że jednak coś jeszcze może boleć.

Wtedy zaczynasz zadawać sobie ból, by złagodzić działanie pierwszego. Tak naprawdę – to ból pierwszy jest tak samo intensywny, a na Twoim ciele zaczynają się pojawiać siniaki czy strupy. Czujesz smak krwi w ustach. Każdy ruch mięśnia przy klatce piersiowej przypomina Ci o tym, że jeszcze oddychasz.

Wtedy popadasz w kolejną rutynę.

Stajesz się pieprzonym masochistą.

Po trzech miesiącach bólu przestaje Ci na wszystkim zależeć. O ile nie przestało Ci do tej pory. W tej chwili zgadasz się w stu procentach ze stwierdzeniem, iż „matką głupich nadzieja”.

Potem zdarza się coś co trudno wytłumaczyć w sposób racjonalny. Bo racjonalizm, jako Twój najlepszy przyjaciel nie zdążył wskoczyć za Tobą do odjeżdżającego autobusu przez zamykające się drzwi. I cały ten pojazd z Tobą w środku odjechał, a Twój jedyny mentor został sam.

Wtedy musiałeś się uniezależnić.

Przedefiniowałeś więc cały świat na nowo.

I potem bez powodu przestaje Cię boleć. I pomimo tego, że powinieneś się cieszyć, jesteś zdenerwowany, bo nie wiesz co Cie wyzwoliło. Nie potrafisz tego dotknąć, czy polizać, tym bardziej, że nie potrafisz tego nawet nazwać. Albo przede wszystkim nazwać.

Zaczynasz snuć racjonalne myśli w swój nowy „neo-racjonalny” sposób. Wszystko jest nowe. Dochodzisz do wniosku, że to co robisz jest właściwe.

A nawet jeśli nie jest, to sobie tłumaczysz to w stricte logiczny sposób i już jest.

Wszystko wydaje się takie proste.

Wtedy już wiesz, że cierpienie Cię czegoś nauczyło.

Dopiero wtedy racjonalnie możesz wyjaśnić co się stało.

/ Tak czy inaczej – całe to zdarzenie z perspektywy czasu traktujesz jako kolejne drzwi, przez które trzeba było przejść.

I jesteś dumny, że przeszedłeś przez nie sam.