Byłem kiedyś w kuchni.
Stanąłem przed ogromnym urządzeniem z dwoma drzwiczkami obsadzonymi na zawiasach – co poniektórzy zwykli je nazywać ‘lodówką’ – by chwilę później zmierzyć się z tym co znajdę w środku. Miałem wybrać coś do zjedzenia, aczkolwiek nie byłem wtedy specjalnie głodny.
Pierwsze co wpadło mi w oko po otwarciu bram skrywających kulinarne rozkosze, to małe pudełeczko, opatrzone emblematem ‘Novo-Helisen Depot’, jednak mój alergolog zwykł mawiać mi, iż alergenami roztoczy kurzu domowego co prawda wzmocni się układ immunologiczny, ale już nie zasili układu pokarmowego. Nie byłem zainteresowany natychmiastową i empiryczną weryfikacją tej teorii. Tak więc przekręciłem lekko gałki oczne i zakumulowałem wzrok na produktach z rodziny nabiałów, i tak:
Ser żółty – nie jem. Cienko pokrojone, maszynowo dziurawione plasterki sprzedawane w pudełku, w którym spokojnie można by zapakować dwa razy więcej produktu. Udajesz się do sklepu spożywczego i kupujesz taki ser z myślą, że w najbliższym czasie nie będziesz go musiał nabywać ponownie, gdyż pudełko sprawia wrażenie, że w środku naprawdę jest dużo plasterków. W końcu ser jest lekki, pudełko nie ujawnia ilości plasterków, ani nie odsłania wnętrza, a ważąc je w ręce masz wrażenie, że naprawdę jest wypchane serem po same brzegi. I dopiero po otwarciu w domu, zdajesz sobie sprawę, że zostałeś w pewien sposób oszukany. Walczę z zabiegami nieczystego marketingu, tak więc nie będę jadł pożywienia, które jest sprzeczne z moją ideologią. Poza tym – ser żółty jest za suchy.
Ser biały – nie jem. Zbyt biały. A jeśli mnie pamięć nie myli, to było takie przysłowie, które brzmiało mniej więcej tak: ‘ser biały to biała śmierć’… albo jakoś podobnie. Tej teorii, podobnie jak tezy o alergenach, również nie miałem zamiaru weryfikować.
Jogurt naturalny – nie jem. Zapewnie z naturalnością ma on tyle wspólnego co normalna ciąża z zapłodnieniem in vitro. Albo wyroby czekoladopodobne z czekoladą. Przy okazji, czemu nazywają się ‘czekoladopodobne’, skoro ani nie są podobne do czekolady, ani do niczego innego?
Jogurt owocowy – nie jem. Na wieczku jest napisane, że zawiera, cytuję: ‘extra duże kawałki owoców’, a wiadomo – aby wiśnia była ‘extra duża’, chcąc nie chcąc musi być spryskana pestycydami. Gdzieś czytałem, że nie mają one najlepszego wpływu na stan zdrowia, ba – że nawet zaszkodzić potrafią! To sprawia, że jogurt owocowy zostaje oficjalnie zdyskwalifikowany w przedbiegach.
Przypomniało mi się, jak mój przyjaciel stwierdził: ‘Ty wszędzie węszysz podstęp.’
Wtedy też zniechęciłem się do nabiałów i postanowiłem zmienić punkt obserwacyjny; przeniosłem wzrok na drugą półkę, a tam:
Szynka – nie jem. Jak coś jest podpisane jako ‘Szynka Babuni’, to zastanawiam się, czy wyrabiała ją jakaś ‘Babunia’, czy też jest ona zrobiona z poszczególnych komponentów składających się na wspomnianą wcześniej ‘Babunię’. ‘Babunią’ zresztą, zwykło się określać leciwą kobietę, wnioskuje więc, że mięso ze starszej osoby prawdopodobnie nie smakuje najlepiej i prawdopodobnie do najzdrowszych nie należy; postanawiam sobie odpuścić. Za taką decyzją przemawia też fakt, że stare mięso zwykło też być wielokrotnie odświeżane i sprzedawane w różnych sklepach nastawionych tylko na zyski, pod sztandarowym hasłem ‘wietrzenie magazynów’. Zastanawia mnie, z czego produkowana jest ‘Szynka z Łysych’… Mam nadzieję, że nie z ludzi bez włosów na głowie, bo ‘Babunią’ nie ma szans, żebym został, a ołysieć zawszę mogę.
Skończenie jako szynka to koniec, który pretenduje do otrzymania Nagrody Darwina.
Jakaś konserwa rybna – nie jem. Chociaż ryby są podobno zdrowe. Nie wiem czy dotyczy to też ryb w sosie pomidorowym, ale tutaj problem akurat leży gdzie indziej – nie mam pojęcia gdzie jest otwieracz do konserw. A z doświadczenie wiem, że otwieranie puszek czy innych metalowych opakowań nożem nie kończy się najlepiej. Zwłaszcza dla ceraty zakrywającej blat stołu.
Są jeszcze jajka, kilka gatunków warzyw, jakieś przyprawy i butelka piwa. Pewnie ktoś ją tu przede mną ukrył – jakby na to nie patrzeć, pomysł był dobry, sam nie przypuszczałem, że będę zmuszony zapuścić się w rejony kuchenne, by przygotować sobie coś do jedzenia.
Podziwiam kobiety – jak z tego nieogarniętego chaosu, który jest w kuchni potrafią zrobić coś co się nadaje do zjedzenia?
Stoję tak jeszcze chwilę, zanim zdecyduję, że nie mogę się zdecydować. Więc zamykam lodówkę i idę do tego sekretnego miejsca, gdzie przechowywane są słodycze, czyli ‘to co Karolki lubią najbardziej‘. Przynajmniej w kwestii związanej z funkcjonowaniem układu pokarmowego. Na dzień dobry zjadam czekoladowego króliczka wielkanocnego, którego Mama zakupiła z myślą o zbliżających się świętach. Zaczynam od głowy, podobna ta psuje się najszybciej.
Dobrze, że jestem ateistą – inaczej miałbym wyrzuty sumienia.
Około dwie minuty później i jednym wielkanocnym symbolu mniej biorę do ręki wysokokaloryczny batonik – ‘kocham ten nagły przypływ energii, po którym zawsze następuje dół’, jak zwykł mawiać Johnny Bravo. Są jeszcze moje ulubione ciastka, więc wkładam do kieszeni w szlafroku całe opakowanie. Wziąłbym coś jeszcze, ale w drugiej ‘przenośnej skrytce’ znajduje się już bezprzewodowa myszka komputerowa, telefon komórkowy i pilot do telewizora.
Trójca święta.
W międzyczasie, gdy polowałem, by zdobyć coś do jedzenia zagotowała się woda w czajniku elektrycznym. Nie, nie położyłem go na kuchence gazowej. Chociaż słyszałem o czasach, gdy ‘czajnik elektryczny’ był nowością technologiczną na rynku, a ludzie próbowali gotować w nim wodę na – właśnie – kuchence gazowej. Autentyk.
Na blacie znajduje się już kubek, a w nim torebka zielonej herbaty i dwie łyżeczki cukru… teraz uświadamiam sobie, iż to chyba nie ‘biały ser’, a ‘cukier’ jest tą przysłowiową ‘białą śmiercią’. Dlatego też, pozbywam się nadwyżki powstałej w wyniku dostrajania słodkości napoju. Zalewam to wszystko przed chwilą zagotowaną wodą, a następnie wykonuję energicznie kilka eliptycznych ruchów łyżeczką, oczywiście starając się przy tym unikać kontaktu fizycznego sztućca ze ścianką kubka.
Gdy mam już przygotowane śniadanie, ewakuuje się z kuchni do swojego pokoju. I tak już przebywałem w tym obcym i nieprzyjaznym środowisku więcej niż zamierzałem.
Do obiadu pozostało jakieś pięć, sześć godzin – może nie umrę z głodu?
Ale tak to jest z posiłkami w moim wydaniu – istny survival.